Poezja naszych ...
***
BELFER NIEZNANY
Żołnierza nieznanego stawiają pomniki,
Na pogrzeby chodzimy tego lub owego,
Na tysiąc akademii idziem zwarci w szyki -
Ale kiedy kto uczcił belfra nieznanego?
Kto opiewał te chwile, gdy w zniszczonej szkole
Sam jest pomocą szkolną, mapą, podręcznikiem,
Biblioteką, lekturą - a na .pustym stole
Z probówką i przy świeczce - staje się chemikiem -
Kiedy z rana po ciemku wstaje z zimna drżący,
zrobiwszy to i owo, postawszy w ogonku
i po nędznym posiłku, jeszcze bardzo śpiący
Biegnie, by sienie spóźnić, by nie przyjść po dzwonku
Przez sześć lub siedem godzin w swojej uczy szkole,
Wykłada, przepytuje, pochwala lub gani.
Po południu (by nie mieć czasu na swawole)
Drugie tyle, lub więcej „kumka" lub „furmani".
Kiedy wróci do domu już nocą, zmęczony,
Zeszytów setka czeka, palenie, lub pranie,
Lampa mruga, wzrok ledwie widzi wytężony,
Aż wreszcie o północy ma już czas na spanie.
Buta mu z lewej nogi dało UNRRA miłe,
Przez palto wiatr przewiewa, jak przez sita kraty,
Gdy zeń spadnie garnitur, czy będzie miał siłę
Dobrać jeszcze dwie lekcje na... kupienie łaty?
Musi „wyskrobać" drzewo - „wymyślić" odzienie,
W międzyczasie na targu kupić to i owo,
Zelówki - to dlań dramat, węgiel - to marzenie,
O którym nieraz próżno snuje baśń tęczową...
A jednak - mimo wszystko - w dobrym jest humorze
I chętnie biedę własną wyśmiewa lub czyją,
Co oblewa ich wokół jak bezkresne morze -
Dlatego krzyknę: „Belfry nieznane - niech żyją!"
***
SZKOŁA
Jeszcze w uszach szumią drzewa.
Wiatr zapachy lasu niesie.
O przygodach dusza śpiewa.
A już przyszedł „Pierwszy Wrzesień".
Szkoła oczy otworzyła.
Uczniów z dala wypatruje.
Przez wakacje się stęskniła.
„Szybciej, szybciej" - nawołuje.
Biegnie Olka, za nią Grzesiek.
Janek workiem wymachuje.
Na Mariusza Wiesiek drze się.
Marek szanty wyśpiewuje.
Na zegarek patrzy „Dziki" -
pewnie się kolega spóźnia ...
Ileż wrzasku, co za krzyki ...
Od dziś tak już będzie co dnia ...
Szkołę jednak to nie złości.
Nawet do nich się uśmiecha.
Będą jej stałymi gośćmi.
Kuchnia w drzwiach już na nich czeka.
Stoły suto zastawione.
Nie jednego brzuch zaboli.
„Wszystko musi być zjedzone,
choćby brakło pieprzu, soli".
Walentyna Wierbińska - Pawelec
BELFER NIEZNANY
Żołnierza nieznanego stawiają pomniki,
Na pogrzeby chodzimy tego lub owego,
Na tysiąc akademii idziem zwarci w szyki -
Ale kiedy kto uczcił belfra nieznanego?
Kto opiewał te chwile, gdy w zniszczonej szkole
Sam jest pomocą szkolną, mapą, podręcznikiem,
Biblioteką, lekturą - a na .pustym stole
Z probówką i przy świeczce - staje się chemikiem -
Kiedy z rana po ciemku wstaje z zimna drżący,
zrobiwszy to i owo, postawszy w ogonku
i po nędznym posiłku, jeszcze bardzo śpiący
Biegnie, by sienie spóźnić, by nie przyjść po dzwonku
Przez sześć lub siedem godzin w swojej uczy szkole,
Wykłada, przepytuje, pochwala lub gani.
Po południu (by nie mieć czasu na swawole)
Drugie tyle, lub więcej „kumka" lub „furmani".
Kiedy wróci do domu już nocą, zmęczony,
Zeszytów setka czeka, palenie, lub pranie,
Lampa mruga, wzrok ledwie widzi wytężony,
Aż wreszcie o północy ma już czas na spanie.
Buta mu z lewej nogi dało UNRRA miłe,
Przez palto wiatr przewiewa, jak przez sita kraty,
Gdy zeń spadnie garnitur, czy będzie miał siłę
Dobrać jeszcze dwie lekcje na... kupienie łaty?
Musi „wyskrobać" drzewo - „wymyślić" odzienie,
W międzyczasie na targu kupić to i owo,
Zelówki - to dlań dramat, węgiel - to marzenie,
O którym nieraz próżno snuje baśń tęczową...
A jednak - mimo wszystko - w dobrym jest humorze
I chętnie biedę własną wyśmiewa lub czyją,
Co oblewa ich wokół jak bezkresne morze -
Dlatego krzyknę: „Belfry nieznane - niech żyją!"
Halina Łuczycka
***
DZIĘKUJĘ Cl, SZKOŁO
Wyniosę wiedzę, jaką mi dałaś
Daleko przed siebie - gdzie będzie chciała
Zaniosę ją może wysoko w góry -
Niech dotknie rąbka kłębiastej chmury
Albo przepłynę z nią oceany
Na fali wysokiej, na łodzi lustrzanej.
Zawiozę ją także na koniec świata,
Gdzie niebo z ziemią ręce swe splata.
I poszybuję z nią aż do nieba.
Zobaczy, gdzie głód, gdzie nędza i bieda
A kiedy skończy się czas tej podróży
Przyniosę z powrotem, niech dalej służy.
Złożę ją wtedy u stóp twych, szkoło.
Niech porwą ją inni. Niech kręci się koło
I niech się spełni perpetuum, mobile.
I niech zwycięża.
***
DZIĘKUJĘ Cl, SZKOŁO
Wyniosę wiedzę, jaką mi dałaś
Daleko przed siebie - gdzie będzie chciała
Zaniosę ją może wysoko w góry -
Niech dotknie rąbka kłębiastej chmury
Albo przepłynę z nią oceany
Na fali wysokiej, na łodzi lustrzanej.
Zawiozę ją także na koniec świata,
Gdzie niebo z ziemią ręce swe splata.
I poszybuję z nią aż do nieba.
Zobaczy, gdzie głód, gdzie nędza i bieda
A kiedy skończy się czas tej podróży
Przyniosę z powrotem, niech dalej służy.
Złożę ją wtedy u stóp twych, szkoło.
Niech porwą ją inni. Niech kręci się koło
I niech się spełni perpetuum, mobile.
I niech zwycięża.
- Walentyna Wierbińska - Pawelec
***
SZKOŁA
Jeszcze w uszach szumią drzewa.
Wiatr zapachy lasu niesie.
O przygodach dusza śpiewa.
A już przyszedł „Pierwszy Wrzesień".
Szkoła oczy otworzyła.
Uczniów z dala wypatruje.
Przez wakacje się stęskniła.
„Szybciej, szybciej" - nawołuje.
Biegnie Olka, za nią Grzesiek.
Janek workiem wymachuje.
Na Mariusza Wiesiek drze się.
Marek szanty wyśpiewuje.
Na zegarek patrzy „Dziki" -
pewnie się kolega spóźnia ...
Ileż wrzasku, co za krzyki ...
Od dziś tak już będzie co dnia ...
Szkołę jednak to nie złości.
Nawet do nich się uśmiecha.
Będą jej stałymi gośćmi.
Kuchnia w drzwiach już na nich czeka.
Stoły suto zastawione.
Nie jednego brzuch zaboli.
„Wszystko musi być zjedzone,
choćby brakło pieprzu, soli".
Walentyna Wierbińska - Pawelec
***
WIECZÓR NA PODLASIU
Tutaj zmierzch
przychodzi jak pies do ręki wierny
na równinach olszyna szumi
nad Krzną leniwą rzeką jakich wiele
nie ma już pasiastych spódnic, butów z podkuwkami
Pola nie są leniwe
pola są tu szczere gdy szczerą pracą ufne
tu i ówdzie ugorów rzadki kłos wąsaty
i jeszcze miedza trzyma w ryzach zagon
na skok barani
granicą dziedzictwa
stąd wyprzedano młodość w czas młodego lasu
na miejskich jarmarkach co wabiły gwarem
jak ostatnią chudobę
za ból skamieniały
za chleb czerstwy od troski nie dzielony z nikim
WIECZÓR NA PODLASIU
Tutaj zmierzch
przychodzi jak pies do ręki wierny
na równinach olszyna szumi
nad Krzną leniwą rzeką jakich wiele
nie ma już pasiastych spódnic, butów z podkuwkami
Pola nie są leniwe
pola są tu szczere gdy szczerą pracą ufne
tu i ówdzie ugorów rzadki kłos wąsaty
i jeszcze miedza trzyma w ryzach zagon
na skok barani
granicą dziedzictwa
stąd wyprzedano młodość w czas młodego lasu
na miejskich jarmarkach co wabiły gwarem
jak ostatnią chudobę
za ból skamieniały
za chleb czerstwy od troski nie dzielony z nikim
Stanisław Antoniuk
Powrót








